Ukraina, nadzieja i zdrada

Ponieważ temat jest poważny, a panuje w tym obszarze tematycznym zmowa milczenia i niezdrowa poprawność polityczna, postanowiłem na początku umieścić krótkie wyjaśnienie. Pomimo mojego zdecydowanie krytycznego stanowiska dotyczącego państwowości ukraińskiej i jej poczynań, a w szczególności wydarzeń ostatnich lat, chciałbym zdecydowanie zaznaczyć: ani ten, ani inne moje artykuły czy felietony nie mają w podtekście roszczeń terytorialnych do Ukrainy, ani też do żadnego innego państwa.

Ukraina.

Teza: Ukraina to sztuczne państwo, stworzone przez oligarchów i innych zainteresowanych zarządzaniem tego bogatego w surowce obszaru Ziemi. Państwo to według oficjalnej „linii edukacyjnej” odwołuje się do Rusi Kijowskiej. Na tym założeniu zbudowany jest niemal cały fundament historyczny propagowany w szkolnictwie państwowym. Herb Ukrainy odwołuje się do herbu Rusi tak, jakby Włochy uważały się za jedynego spadkobiercę Imperium Rzymskiego. Jednak takie przedstawienie przeszłości nie wytrzymuje próby faktologicznej. Jak mówi dr. Jan Przybył, na przestrzeni wieków obszary dzisiejszej Ukrainy były plądrowane przez Tatarów i inne ludy stepowe. Ludność, nieliczna zresztą, która znajdowała się na tych rozległych stepach, jeśli nie mogła chronić się w grodach Królestwa Polskiego, była uprowadzana lub mordowana, osiedla palone. Znamy to z autopsji, podwójnie. Krakowski hymn przecież ma znamię jednego z ataków tatarskich. Natomiast podczas II wojny światowej, wiele wsi Wołynia i Małopolski Wschodniej zostało unicestwionych z rąk nazistów ukraińskich. Nie twierdzę zatem, że rdzenna ludność tych obszarów nigdy nie istniała, lecz że obecna ludność to nie są żadną miarą potomkowie starodawnej Rusi Kijowskiej. Są potomkami fal kolonizacji polskiej na przestrzeni wieków, potomkami ludności, która przy braku dobrego kontaktu z polską kulturą ulegała rutenizacji.

Nadzieja.

Podczas rozbiorów Polski, nastąpił podział nie tylko terytorialny, lecz także mentalny, językowy i ostatecznie etniczny podział i segregacja ludności na przeróżne etnosy. W przypadku Ukrainy wytworzyły się dwa etnosy: Austria „odcedziła” z Polski ferment ludu ruskiego, zaś Rosji udało się coś o wiele lepszego, z ich punktu widzenia, mianowicie stworzenie narodu „małoruskiego”, a właściwie „małorosyjskiego”. Nie dziwi zatem, że w trakcie i po I wojnie światowej, urosło nie jedno, ale dwa „państwa ukraińskie”: Zachodnio-Ukraińska Republika Ludowa i Ukraińska Republika Ludowa.
Ukraińcom, jak się zdawało, potwór Austriacki i potwór Rosyjski, dały nadzieję na podmiotowość, na zaistnienie na mapie świata, jako samodzielne, pełnoprawne podmioty. Nic bardziej mylnego.

Potwór ów austriacki stworzył etnos zatruty niemczyzną, co dało taki choćby efekt, jak zdradliwa osobistość Andrzeja Szeptyckiego, wnuka polskiego masońskiego pisarza i poety, Aleksandra Fredry. Potwór rosyjski natomiast wytworzył formułę według mnie o wiele bardziej przydatną dla okupanta: nie Rusinów, tylko Małorosjan. Amerykańska konstytucja rozpoczyna się słowami „My, naród Stanów Zjednoczonych”. W konstytucji kozackiej czytamy zaś „My, naród małorosyjski„. Oczywistym następstwem zaistnienia takiego „narodu”, było umiejscowienie go na mapie etnicznej Imperium. Jednak motywacją Rosji w umieszczaniu tam Małorosjan, Białorosjan i Wielkorosjan nie było stworzenie nowych państw, lecz legitymizacja istnienia państwa Rosyjskiego na tych terenach. Biało-, Mało- czy Wielkorosjanie – to przecież dalej Rosjanie. Tak rozciągnięty etnos małorosyjski obejmuje swym niedorzecznie olbrzymim terytorium zarówno Podlasie, jak i Kubań. Stukolorowa tęcza dialektów, narzeczy, języków często niezrozumiałych wzajemnie umieszczona jest pod jednym słowem: Małorosja. Ludziom dano nadzieję.

Dlatego dzisiaj, pomimo wojny informacyjnej z Rosją, walki z propagandą wszelkich rosyjskich źródeł wiedzy, nadal stosuje się w podręcznikach dane rosyjskie i radzieckie. Słowo „Małorosjanie” zastąpiono określeniem „Ukraina”, i można już udowadniać, że „Ukraina od Sanu do Donu”. Ta wiedza jednak jest domkiem z kart, albo raczej — karcianą wieżą Babel. Ukraina, pomimo – albo na skutek – szeroko propagowanej antypolskiej retoryki dotyczącej straszliwej polonizacji dokonywanej przez okupujących niemal odwieczną Ukrainę – Lachów, ta Ukraina mówi dzisiaj przeważnie po rosyjsku. Dla mnie, Polaka, który nauczył się ukraińskiego, jest to szczególnie kuriozalne. Jadąc kiedyś do Lwowa, kierowca – Ukrainiec z Wołynia – mówił do mnie po ukraińsku, a do swej znajomej z Wołynia, siedzącej obok – po rosyjsku. Tyle o demonicznej polonizacji.

Ukraina – dla mnie synonimem jej są słowa „fałszywa nadzieja”. Ukraina to dziecko Rzeczypospolitej. Za wcześnie odstawione i porzucone dziecko – umrze. Tak i bez czynnika polskiego, Ukraina została zrusyfikowana, a mowa ukraińska dzisiaj jest tam raczej patriotycznym hobby, niż realnym językiem niosącym wyższą kulturę. Fałszywą nadzieją daną tym ludziom, jest istnienie jednego etnosu ukraińskiego „od Sanu do Donu”. Im dłużej dane terytorium Ukrainy znajdowało się w jakiejkolwiek formie państwowości polskiej, tym większa szansa, że ludzie mówią tam po ukraińsku, i głosują na partie zorientowane na Zachód. Element kozacki, został zrusyfikowany. Ukraina występuje tam, gdzie Rzeczpospolita. Prowadzi to do aktualnej sytuacji, gdzie różne koncepcje znaczeniowe Ukrainy walczą ze sobą, gdyż ludziom dana była nadzieja, że koncepcja Ukrainy jest jedyna. Dlatego nawet hasło „jedyna kraina” (jedno państwo) musi być wymieniane po ukraińsku i rosyjsku.

Zdrada.

Jestem przekonania, że należy mierzyć siły na zamiary. Część elit Rzeczypospolitej niestety tego przekonania w historii nie podzielała i dopuścili się najzwyczajniej mówiąc – zdrady. Ukraińscy bohaterzy – Chmielnicki czy Szeptycki – byli jednocześnie zdrajcami Polski, zdrajcami Rzeczypospolitej. W dalszej perspektywie zaś – zdrajcami swojej własnej idei ukraińskiej, gdyż nie może walka gałęzi z drzewem o odcięcie (dumnie zwane niepodległością), zakończyć się pomyślnie dla gałęzi. Drzewo bez gałęzi będzie słabsze, ale gałąź bez drzewa – uschnie. Konsekwencją działań separatysty Chmielnickiego było późniejsze zrusyfikowanie tej części ziem ukrainnych. Nawet dzisiaj widoczna jest różnica w obecności języka ukraińskiego na ziemiach „przed i po Chmielnickim”. Wielu zbuntowanych Polaków, jak na przykład Krzysztof Kosiński, uciekało na ziemie ukrainne, by wszczynać bunty przeciw Rzeczypospolitej. Ciężko też nazywać kozaków „narodem”, skoro ich pierwszym już hetmanem był Polak.

Tak wykorzeniony lud, absolutnie pozbawiony rzeczywistej świadomości historycznej, karmiony mitami kozackimi, sowieckimi, a nawet „prasłowiańskimi”, jest szalenie sterowalnym obiektem, z którego niczym z plasteliny, zbudować można niemal dowolny projekt państwowy. Czy obawiam się tego? Raczej obawiam się, że Polacy zapomną swoją historię. Naszym obowiązkiem jest nie dopuścić do tego i przypomnieć innym potomkom Rzeczypospolitej, że mają inną alternatywę historyczną, niż ideały kozackie, radzieckie czy nazistowskie.

Szymon G Szewczyk